Relacja z Warsztatów Przygotowawczych do Symfonii Tysiąca Gustawa Mahlera
Po przyjętym od Filharmonii Śląskiej zaproszeniu do projektu “Symfonia Tysiąca” nastąpiły długie miesiące przygotowań od strony zarówno organizacyjnej jak i artystycznej. Do tej organizacyjnej należało m.in. zorganizowanie naboru, przygotowanie kompletu informacji dla uczestników, pozyskanie funduszy (drobnych sześćdziesięciu kilku tysięcy złotych), znalezienie uczestników z Niemiec i rodzin ich przyjmujących, drobiazgowe ustalenia dotyczące wynajmu sal, wyżywienia, nut, no, czyli to, co się zwykle w takich okolicznościach robi (co zresztą jest pracą kompletnie niedostrzeganą i niedocenianą, bo zupełnie niemalowniczą). Jakimś cudem 5 marca mieliśmy wszystko gotowe i czekaliśmy na nasze pierwsze spotkanie, które miało nastąpić następnego dnia. Jeszcze w ostatniej chwili spośród 60-ciu zapisanych osób z warsztatów wypadło z różnych życiowych przyczyn kilkoro chórzystów i finalnie było nas 47 osób. Plus dyrygent (cudowny Łukasz Łoboda) i akompaniator (równie cudowny Daniel Strządała).
Warsztaty rozpoczęły się wykładem dr Jarosława Wolanina, dyrygenta Chóru Filharmonii Śląskiej na temat niemieckiej wymowy scenicznej w utworze, nad którym mieliśmy pracować. Symfonia Tysiąca składa się z dwóch części - pierwszej po łacinie i drugiej po niemiecku (i jest to ostatnia scena Fausta Johanna Wolfganga Goethego). Potem rozeszliśmy się na próby sekcyjne (Aleksandra Wójcik poprowadziła soprany, Magdalena Nogańska - alty, Łukasz Łoboda - tenory i Jacek Gałuszka - basy) i przeczytaliśmy wszystko jak leci, a w sobotę nastąpiło składanie utworu na próbach tutti. I w niedzielę też. Koniec końców plan złożenia w całość drugiego chóru został wykonany, ale nie o tym ma być ten artykuł.
Bo tak naprawdę dla mnie najważniejszy w takich warsztatach jest aspekt społeczny. Jestem ze starej szkoły prof. Jana Szyrockiego - jednym z wydarzeń, które znacząco wpłynęło na moje życie był udział w organizowanej “od zawsze” w Międzyzdrojach Polsko-Niemieckiej Akademii Chóralnej “In terra pax”, dzięki której już lata temu zobaczyłam, jak pięknie można spotykać się z ludźmi w muzyce.
Na tle obcowania z trudną wykonawczo (ech, żeby to było tak z tercję niżej ;)), ale piękną muzyką Mahlera działy się podczas tych warsztatów rzeczy krzepiące. To było spotkanie wielopokoleniowe (nie pytaliśmy uczestników o wiek, ale tak na oko mieli oni od lat dwudziestu kilku do około siedemdziesięciu kilku). To było spotkanie różnych krajów i regionów: my jako gliwiccy gospodarze gościliśmy w naszym mieście ludzi z Warszawy, Krakowa, Torunia i innych miast Polski, a także chórzystów z Bonn, Wuppertalu i niewielkiej miejscowości Rabenau w niemieckiej Hesji. Ba! To były spotkania międzygatunkowe! Otóż wraz z dwójką ludzkich uczestników przyjechała śliczna, niezwykle łagodna i dobrze ułożona dobermanka, która za zgodą dyrekcji szkoły muzycznej nie musiała zostawać w hotelu podczas nieobecności właścicieli, ponieważ okazało się, że szkoła jest przyjazna psom (i nasi warsztatowi chórzyści w zdecydowanej większości też).
Każdy z nas ma po tych warsztatach swoją własną historię, ale też mamy historię wspólną - jak na przykład spontaniczna scena pożegnania części naszych niemieckich gości, którym zaśpiewaliśmy “Time to say goodbye”, czy też (/facepalm) zaśpiewanie W RAMACH PRZERWY - PO TRZECH DNIACH ŚPIEWANIA - “Alleluja” z Mesjasza. Oczywiście z pamięci zbiorowej, za zasadzie “co kto pamięta z partytury”. Nie wiem, kto wpadł na ten pomysł i jak to się zaczęło, możliwe, że inicjatorem był Daniel Strządała, ale potem ludzie zaczęli się przyłączać i od połowy utworu śpiewaliśmy już wszyscy. Dla ustalenia uwagi dodam, że w tym składzie widzieliśmy się po raz pierwszy w życiu, ale najwyraźniej wszyscy mają bogate doświadczenie chóralne ;).
Link do pełnego tekstu relacji znajduje się poniżej.



Comments