Dlaczego kocham polifonię gruzińską
Od kilkunastu lat mam w sobie pewien rodzaj „choroby” — w najlepszym możliwym sensie tego słowa. To choroba na Gruzję. Na jej krajobrazy, ludzi, sposób bycia razem… i przede wszystkim na śpiew.
Pierwszy raz zetknęłam się z gruzińską polifonią w 2012 roku, na festiwalu Vmeste v XXI veke w Bułgarii. Tam poznałam zespół Mdzlevari — i ta znajomość, a wlaściwie przyjaźń trwa do dziś. Od tamtej pory byłam w Gruzji już chyba około dziesięciu razy, a ten śpiew stale mi towarzyszy: w słuchawkach, w podróży, w rozmowach, w marzeniach i w realnych spotkaniach.
Gruzińska polifonia to coś, czego nie da się do końca opisać słowami — to trzeba usłyszeć, a jeszcze lepiej: poczuć. To nie jest „ładna muzyka do słuchania w tle”. To jest praktyka bycia razem, dźwiękiem.
Przez długi czas zbierałam materiały, słuchałam nagrań, rozmawiałam z ludźmi oraz wielokrotnie jeździłam do Gruzji, gdzie śpiewałam i uczyłam się tych pieśni bezpośrednio od miejscowych śpiewaków. Chciałam zrozumieć, czym ta tradycja naprawdę jest i czym różni się od tego, co znamy z zachodniej praktyki chóralnej i edukacji muzycznej.
Efektem tego procesu jest przygotowany przeze mnie po angielsku artykuł — wprowadzenie do gruzińskiej polifonii.
Napisałam o tym:
- jaka jest gruzińska polifonia (trzygłosowość, napięcia, mikrotony),
- dlaczego uczy się jej „ze słuchu”, a nie z nut,
- jak bardzo jest związana z miejscem, wspólnotą i sytuacją,
- i dlaczego jest uznawana za jedną z najstarszych żywych tradycji polifonicznych na świecie (i wpisana na listę UNESCO).
Dodałam tam też kilka przykładów do posłuchania — bardzo różnych, z różnych regionów Gruzji.
Jeśli macie ochotę zajrzeć, poczytać, posłuchać i po prostu się tym nacieszyć, to tu jest link:
https://georgia.chortownia.org/georgian-polyphony.php
Ten tekst powstał nie po to, żeby kogoś przekonywać czy edukować „na siłę”, tylko żeby podzielić się czymś, co jest dla mnie ważne — i może dla kogoś z Was też się takim stanie.



Komentarze