Relacja z VII Nocy Chórów w Rudzie Śląskiej
30 maja 2026 Ruda Śląska, a konkretnie jej dzielnica Nowy Bytom, były po raz kolejny świadkami wspaniałej imprezy chóralnej — Nocy Chórów. Kto nie był, trudno, przepadło, ale zaprawdę, powiadam Wam: zaznaczcie sobie w kalendarzu datę 30 maja 2027, żeby nie przegapić następnej edycji!
Ja — świeża pacjentka po operacji — musiałam się oszczędzać i nie latać po mieście szybkim krokiem. Ale i tak udało mi się, oprócz zaśpiewania z moim macierzystym Klastrem w Stacji Biblioteka, czyli po prostu w zrewitalizowanej poczekalni dworca PKP Ruda Chebzie ;), posłuchać kilku zespołów.
Przyjaciele, z którymi przyjechałam na Noc Chórów, wybrali inną drogę, dzięki czemu mogę Wam opowiedzieć o tym, jak podczas prezentacji Bytomskiego Kolektywu Śpiewaczego, odbywającej się w Ajnfarcie, nagle przeszła burza i wszyscy w pośpiechu — i dziewczyny, i publiczność — schronili się w bramie prowadzącej na podwórko. Dalsza część koncertu przebiegła więc w niezłej bramnej akustyce, wśród strug deszczu i wodnych baniek tworzących się na powierzchni wzbierających kałuż. Takich emocji nie zapewni żadna filharmonia ;)
Mówiono mi również na gorąco, że ta sama burza — bo ona nie pojawiła się wyłącznie nad tym jednym ajnfartem! — gruntownie zmoczyła śpiewający w pobliskim ogrodzie Otwarty Chór Społeczny. Kamil Gojowy, biegający między różnymi miejscami koncertowymi, zeznał natomiast, że dobrze, iż miał w samochodzie kompletną zmianę ubrań, bo jego także ulewa nie oszczędziła.
Ale za to właśnie dzięki deszczowi powstał międzykulturowy koncert ad hoc: cztery zespoły, które przyjechały z daleko, a do których nie dotarła publiczność, bo naprawdę solidnie lało, zostały zaproszone do jednego miejsca i miały okazję posłuchać siebie nawzajem oraz się poznać. A to w praktyce chóralnej nie jest niestety zjawiskiem częstym — a wielka szkoda.
Na Noc Chórów zjechała z Olsztyna Aleksandra Borowiecka, czyli znana całej polskiej chóralistyce Dyryagentka, którą najpierw wypatrzyłam wśród tłumu, a potem spotkałyśmy się na prezentacji węgierskiego chóru Csíkszerda i śpiewałyśmy razem podczas warsztatów, które ten chór przeprowadził z publicznością.
Kto zna węgierski, ten wie, że csíkos oznacza „w paski”, a szerda — „środa”. Można zatem już z samej nazwy wywnioskować, że chór spotyka się co środę, a jego strój organizacyjny to dowolna koszulka w poziome paski: biało-granatowe, czerwono-niebieskie, beżowo-białe, węższe, szersze — jakiekolwiek. Do nas przyjechali ze swojego Budapesztu w sile około 40 osób, ale wieść niesie, że jest ich dużo więcej. A czemu akurat oni? A temu, że to właśnie oni są inicjatorami Nocy Chórów, która najpierw powstała w Budapeszcie. Do Rudy Śląskiej zaimportował ją Krzysztof Dudzik, który niechaj za to będzie wielokrotnie pochwalony ;)
Csíkszerda przedstawiła bardzo ciekawy program, który wzbudził szczery podziw publiczności, a potem — podczas wspomnianych już warsztatów — podzieliła się z nami sposobem, w jaki pracuje z częścią swojego repertuaru.
I tu muszę zrobić mały ukłon w stronę Zoltána Kodálya. Bo według moich wieloletnich obserwacji węgierskie chóry śpiewają tak dobrze i tak czysto nie dlatego, że mają jakiś tajemny narodowy gen od intonacji, tylko dlatego, że wyrosły w kulturze, w której edukację muzyczną potraktowano serio. Kodály uważał, że muzyka nie jest luksusem dla wybranych, ale ważną częścią rozwoju człowieka — i że śpiew powinien być czymś powszechnym, obecnym nie tylko w szkołach muzycznych, lecz także w zwykłej edukacji. Śpiew, solfeż, chór, kontakt z instrumentami i żywą muzyką — to wszystko przez lata było na Węgrzech obecne w szkolnej codzienności. Efekt? Kiedy spotyka się węgierski chór, nawet amatorski, bardzo często ma się poczucie, że ci ludzie po prostu „mówią muzyką” od środka.
A dzisiaj wiemy już coraz więcej o tym, że wspólne śpiewanie to nie tylko sprawa estetyki. To także praca z oddechem, pamięcią, koncentracją, uważnością, emocjami i relacją z drugim człowiekiem. Innymi słowy: chór może pięknie brzmieć, ale może też bardzo konkretnie wspierać dobrostan i funkcje poznawcze. W wykonaniu Csíkszerdy było to słychać i czuć.
Ale wróćmy do Rudy Śląskiej: Z relacji innych osób wiem też, że duże wrażenie zrobił Seeing Voices Choir — zespół prowadzony przez dr Annę Wojtas-Rduch, łączący muzykę, język migowy i kulturę Głuchych. To ważny i piękny przykład tego, że chór może być nie tylko wspólnotą śpiewających głosów, ale także przestrzenią spotkania osób słyszących, głuchych i słabosłyszących.
Moje wielkie gratulacje dla chyba najmłodszego stażem chóru goszczącego na tegorocznej Nocy Chórów — Chóru u Pana Franza z Rudy Śląskiej. Gdybym chciała użyć porównania ogrodniczego, napisałabym, że ziarna rzucone w październiku zeszłego roku w trudnym, poprzemysłowym terenie powoli zaczynają dawać plon.
Jak zwykle impreza skończyła się o 22 na Rynku wspólnym, wzruszającym wykonaniem Piosenki Nocy Chórów autorstwa Kamila Gojowego.
I jeszcze nieco statystyki: w Nocy Chórów uczestniczyły 22 zespoły: z Budapesztu, Bytomia, Cieszyna, Gierałtowic, Katowic, Karviny Raju, Lublina, Orzesza, Piekar Śląskich, Rzeszowa, Rudy Śląskiej, Seleczeno (z Kaszub), Tychów, Wojkowic i Zabrza.
No i na koniec - wyrazy zachwytu przyjmujemy w różnych formach, między innymi finansowej - można się dorzucić już dzisiaj na przyszłoroczną Noc Chórów! https://zrzutka.pl/6ea9ym - Dziękujemy!
Foto: Ania Gierat



Komentarze